Po raz pierwszy dotknąłem Śląsk swoim spojrzeniem w wieku 19 lat. Zaledwie kilka krótkich podróży do Katowic i Gliwic wystarczyło, by zetknąć się z energią, która wzbudziła we mnie mieszaninę strachu i onieśmielenia. Zobaczyłem ludzi naznaczonych trudną przeszłością, znających wartość ciężkiej pracy, potrafiących twardo stawać w obronie własnych przekonań i wartości. Emanowali dziką, pierwotną siłą i nie wstydzili się ciężaru swoich doświadczeń, które przygarbiały im dusze i kierowały wzrok ku ziemi. Może właśnie dzięki temu, sprawiali wrażenie do szpiku kości szczerych i autentycznych.
Dwa lata temu przeprowadziłem się do Zabrza i zacząłem wnikać w tkankę Śląska niczym woda wsiąkająca w szpary między płytami chodnikowymi. Poczułem, że dobrze jest go widzieć takim jakim jest, bez pudrowania, koloryzowania i idealizowania. Można w nim odnaleźć te same problemy, które występują w całej Polsce, ale owa bezkompromisowa autentyczność powoduje, że nieustannie mam wrażenie, jakbym poruszając się po Śląsku dotykał bezpośrednio ludzkich dusz, pozbawionych masek i sztucznych dodatków. Ludzka wrażliwość nie jest tu wygładzana papierem ściernym i woskiem, a ciosana siekierą. Jest szorstka, sięgająca aż do najgłębszych trzewi. Życie tu jest jak nieustanne odwiedzanie snu, w którym za każdym razem sięga się głębiej, bardziej, mocniej i pełniej.