W dzień moich urodzin, wraz z przyjaciółmi, zaczęliśmy wędrówkę nocą. Październikowy chłód i ciemność towarzyszyły nam na szlaku, a każdy krok prowadził wyżej – ku granicy nocy i dnia.
Na szczycie czekaliśmy, aż horyzont zapłonie. Wschód słońca odsłonił morze gór i mgieł, a złote światło rozświetliło nasze twarze. Była w tym cisza, radość i wspólnota – spotkanie ludzi, przyrody i czasu.
Te fotografie są dla mnie pamięcią tamtej chwili: drogi w mroku, rodzącego się dnia i osobistego święta życia.